Archiwum dla Listopad, 2002

Z pamiętnika podróżnika-czyli moje legijne przygody…

Po powrocie z Niemiec postanowiłam zacząć pisać coś w stylu „Z pamiętnika Podróżnika” i na łamach bloga publikować niektóre fragmenty moich zapisków.Może zacznę od samej podróży, a przygotowania zostawię sobie :) Wyruszyliśmy o 21.00 w składzie:ja, tata(jako pierwszy kierowca),Paweł i Artur(nasz kolega jako drugi kierowca).Kierowaliśmy się na Poznań, a stamtąd już na przejście graniczne.Droga przez Polskę była szczególnie trudna, każdy zna stan polskich dróg, że już nie wspomnę o autostradzie.Byleby do Poznania…Dojechaliśmy bez większych przeszkód, robiąc kilkakrotnie przerwy na potrzeby fizjologiczne :) Na granicy nie czekaliśmy długo, kontrola osbyła się sprawnie i nawet nas nie sprawdzano w żadną ze stron.Spotkaliśmy swoich ziomków na całej trasie.Już w Niemczech czas szybciej nam płynął, bo wydawało się,że cel tuż tuż.Jednak tylko się wydawało, celu ciągle nie było widać, oznaczenia dróg tak samo beznadziejne jak w Polsce, no i te poranne korki…Jako absolwentka rozszezronego niemieckiego i z pomocą Artura,który swego czasu też się uczył tego języka robiliśmy za tłumaczy i z porozumiewaniem nie mieliśmy problemów.Spotykaliśmy się z różnymi objawami sympatii i antypatii Niemców wobec nas.Ceny w Niemczech jak wszyscy wiedzą stanowi waluta euro,w przeliczniku ok.1 euro=4 złote.Baton Snickers kosztował 1 euro :> Już wiem dlaczego tam tak niewiele osób pali, bo paczka papierosów kosztuje 3 euro, czyli 12 złotych :> Wreszcie po 17 godzinach jazdy dojechaliśmy na miejsce.Gelsenkirchen rozczarowało nas, nie ma co ukrywać.Jest to małe miasteczko i naprawdę nie widzieliśmy by tam coś się działo.Zostaliśmy przywitani przez niemiecką”policję”(dlaczego w cudzysłowie zaraz wyjaśnię),która wręczyła nam mapę Arena auf Schalke, przeszukano samochód i skierowano na parking.Policja niemiecka a nasza policja, to zupełnie dwa różne pojęcia,tamci ostrzyżeni na skinów, szczuplutkie kobietki w makijażu i szerokich,okropnych zielonych,policyjnych strojach,czytający gazetki na służbie,grający w karty i ogladający turystki…dosłownie luz blues :)))))))Ponieważ na mecz wpuszczano 2,5 godziny przed czasem, udaliśmy się zintegrować z tamtejszą społecznością,spotkaliśmy się z różnymi przygotowaniami, niemieckie(3/4 Polaków)dzieciaki przywitały Polaków „witajcie ciule” itp.A reszta osób dość pozytywnie.Mój tata na znak „sympatii”dokonał wymiany szalika Legii na Schalke 04 Gelsenkirchen, więc integracja szła nam dosyć nieźle.Gorzej było z cateringiem.Zamówiłam bagietkę z jajkiem i zdziebkiem sałaty, a dostałam pokarm dla królika.Postanowiłam zaspokoić głód czymś bardziej konkretnym-Snickersem, a pożywienie skonsumował ktoś inny.jedzenie było beznadziejne.Dopiero później….Sklepik klubowy Schalke był doprawdy super ale i drogi.ja zakupiłam sobie klubowy zeszyt i szampana klubowego,kolega Artur kupił kubki i inne duperelki i wszyscy byli zadowoleni :) Potem odpoczynek na parkingu i wreszcie po kilku przeszukaniach przed stadionem wpuszczono nas na obiekt.Mimo,że stadion z zewnątrz wyglądał beznadziejnie, w środku prezentował się rewelacyjnie.Naprawdę te trybuny, murawa, 53 tysiące kibiców zrobiły wrażenie.Jedzenie było bardziej konkretne :) co Polaków uradowało, mnie też ;-)Dzikie zachowanie kibiców Schalke, skakali na szybę, nie rozumiem po co,poprawiło mi humor :)Zajęliśmy miejsca i mecz się zaczął, ryk kibiców na początku zagłuszający nasze okrzyki wszystkich zadziwił, ale stało się to tylko raz.Kibice Schalke, to „kinomaniaki”, cały mecz siedzieli i popijali piwo bezalkoholowe i zajadali się hamburgerami, więc atomosferę na Arena auf Schalke tworzyliśmy my,co było słychać dobrze na transmitowanym meczu w telewizji polskiej.W pewnym momencie doszło do nieprzyjemnej sytuacji, a wszystko wina organizatorów, którzy posadzili nad naszym sektorem fanów Schalke.Rzucono w nas kubkiem z piwem ,akurat tak nieszczęśnie bo w miejsce gdzie staliśmy m.in. my.Oczywiśccie nasz sektor nie pozostał obojętny wobec chamstwa, ale to właśnie u nas policja zainterweniowała dzięki monitoringowi(nie to co w Polsce) i wyprowadziła kilku „naszych” ze stadionu.FC Utrecht będący na stadionie umówił się na sam na sam, coś tam było, jeden ranny Polak w szpitalu.Atmosfera była naprawdę rewelacyjna, szkoda tych niewykorzystanych sytuacji, bo Schalke nie było w pełni sił i było do przejścia.Po bezbramkowym meczu kazano nam czekać na dusznym korytarzu,aż 50 tys. kibiców niemieckich opuści stadion i „zaopiekuje” się naszymi samochodami :>Po ok.20 minutach pod eskortą „policji” z kilkoma przystankami, udaliśmy się do naszych samochodów i w drogę powrotną.Każdy padał ze zmęczenia, a mój tata w korku usnął nawet na autostradzie :) Ok. godziny 15.15 byliśmy już w naszej pięknej stolicy.Od razu kapiel i łóżko.Przygoda niesamowita, szkoda,że nie uwieńczona awansem.Legijne pozdrowienia, Sędzinka Podróżniczka :)
P.S.Jestem na plakacie i na zdjęciu w „Naszej Legii” :)

LEGIA-Szczakowianka

2-1 tyle mogę napisać, zbyt dużo nie, bo niestety nie widziałam :>
Pozdrawiam ;-)***

Alles gut :)

Uff…witam ponownie.Tym razem piszę tuż przed wyjazdem do Niemiec na mecz Schalke-Legia.Jedziemy w środę w nocy, samochodem.Patrzcie uważnie w TV może mnie pokażą:))))))
Przepraszam,że tak rzadko komentuję Wasze notki i komentarze, ale to kłopoty techniczne.Jak zwykle Wszystkich pozdrawiam.U mnie wszystko w porządku, trochę kłopotów zdrowotnych (czyt. z zębem) rozwiążą się 17 grudnia :>
Cium :)***